Powrót na główną stronę

               

luty 2022 r.

 

 

Między zmierzchem a świtem

 

Luty i marzec 1945 roku to czas, kiedy wojna w sposób bezpośredni i dotkliwy odciska swe piętno na Stargardzie. Niemcy odbierają zapłatę za wywołaną przez siebie straszliwą apokalipsę. Budowane przez wieki piękne miasto, w dużej części, zamienia się w gruzy. Pozostali jeszcze w mieście mieszkańcy i uciekinierzy z innych terenów - w tym czasie i w najbliższych miesiącach - odczują na własnej skórze co przynosi ze sobą wojna. Zdobyte miasto powoli zasiedlają okrutnie wcześniej doświadczeni przez okupację Polacy. Przywracają miasto do życia. Wraz z nimi przychodzi tu Polska. Losy jednej z polskich pionierskich rodzin (Lampartów) pokazaliśmy we wspomnieniach Gdy wstawał świt. Teraz zamieszczamy wspomnienia młodziutkiej wówczas Niemki.  Na naszej stronie znajduje się też kalendarium wydarzeń  1945 r.

 

               (1) Radziecki plan zdobycia Stargardu

Käte Lorentzen

 

Urodziłam się w roku 1932 w zachodniopomorskiej wiosce Horst [obecnie Chwarstno, pow. łobeski].Leży ona około 50 km na wschód od Stargardu. W październiku 1938 moi rodzice i ja przenieśliśmy się do Stargardu. Tu do roku 1942 uczęszczałam do szkoły podstawowej, a od roku 1942 do stycznia 1945 do szkoły średniej (Realschule). W czasie nauki w szkole podstawowej naszym ukochanym wychowawcą był pan Kliewe. Również w szkole średniej doznałam miłości i poczucia bezpieczeństwa Atmosfera kształtowana była tutaj przez żeńskie grono pedagogiczne, typowe dla szkól dla dziewcząt. Wyjątek stanowił rektor Krüger, który kierował również pobliską szkołą dla chłopców.

W styczniu 1945 nasza wychowawczyni panna Wolf zakomunikowała nam, że z powodu zbliżających się działań wojennych nasza szkoła zostanie zamknięta. Pamiętam jeszcze jej poważne słowa, które miały być pożegnaniem na zawsze. Oczywiście, nie wiedziałyśmy tego wtedy. Miotały nami sprzeczne uczucia: z jednej strony niepokój, a z drugiej radość, że mamy znowu ferie. 12-13-letnim dzieciom można to z pewnością wybaczyć.

Dla mnie ten dzień oznaczał pożegnanie z moimi przyjaciółkami, ponieważ odtąd miałam mieszkać z moją matką w gospodarstwie dziadków. Mój ojciec był żołnierzem, a mojej matce życie na wsi wydawało się bezpieczniejsze. Już kilka tygodni później przekonałyśmy się, że była to zła decyzja.

4 marca 1945 r., rano o godzinie ósmej, musiałyśmy opuścić wieś. Mimo że wciąż odrzucałyśmy myśl o ucieczce, w szopie stał wóz przygotowany do ucieczki. Dwaj francuscy jeńcy wojenni wykonali pewnego rodzaju dach, który pokryty ciężkim dywanem miał zapewnić schronienie naszej rodzinie i pospiesznie spakowanym łóżkom i odzieży. Oczywiście, załadowano również żywność i karmę dla naszych najważniejszych pomocników, koni. Dla Francuzów było oczywiste, że pójdą razem z nami na zachód. Również nasza Ukrainka nie chciała wpaść w ręce Rosjan.

Kolumna uchodźców miała być przyjęta w Szlezwiku–Holsztynie. Z powodu choroby jednego z koni nie dotarliśmy do tego celu. Zakwaterowano nas na Rugii. To rozwiązanie wydawało się nam korzystne. Sądziliśmy, że po zakończeniu wojny będziemy mogli szybko wrócić do domu, żeby rozpocząć zasiew pól. Na początku maja okazało się, że jest inaczej. Rosjanie dosłownie zalali wyspę. Odbywał się dziki scenariusz: spadły na nas gwałty i grabieże. Chciałabym zwrócić uwagę, że udało nam się uniknąć największego zła i gwałtów. Czasem ratunek nadchodził w ostatniej chwili. Bardzo boleśnie odczuliśmy, gdy nasza siła pociągowa została zredukowana do nędznego konia. Został on przydzielony do gospodarstwa, gdy żołnierze Wehrmachtu zabrali ze stajni wyrośniętego, zdrowego konia. „Konik mizernej postury” wytężał wszystkie siły, żeby ciągnąć wóz uciekinierów, który w związku z kradzieżami zrobił się znacznie lżejszy. Mimo to ja i moja kuzynka szłyśmy obok zaprzęgu. Tylko moja babcia i mama siedziały na wozie. Moja matka powoziła. W Stralsundzie, dokąd z trudem dotarłyśmy, dowiedziałyśmy się, że wszyscy muszą udać się do miejscowości, którą zamieszkiwali w roku 1938. Oznaczało to dla nas rozstanie z naszymi towarzyszami niedoli. Moja babcia i kuzynka wyruszyły z nędznym konikiem na wschód. My, moja matka i ja, wsiadłyśmy do pociągu jadącego w kierunku Stargardu.

W Stralsundzie dołączyła do nas siostra mojego ojca, która jako uciekinierka przybyła w lutym 1945 ze Stargardu do Stralsundu. Pociąg, który miał nas zawieźć do Stargardu, składał się z otwartych, załadowanych zwojami kabli, wagonów towarowych. Ładunek ten miał być przetransportowany prawdopodobnie do Rosji. Musieliśmy siąść między zwałami kabli, żeby ochronić się chociaż przed wiatrem i chłodem nocy. Podróż trwała ponad tydzień, ponieważ pociąg zatrzymywał się czasem z nieznanych powodów. Nieprzeciętnie ciepły maj 1945 sprawił, że mogliśmy przetrwać tę podróż, tym bardziej, że w tamtych dniach cieszyliśmy się na powrót do domu. Nie wiedzieliśmy jeszcze, jak potwornie zawierucha wojenna zniszczyła nasze miasto.

       (2) (3) Panoramy Stargardu z wieży kościoła św. Jana w 1908 i 1945 roku

Gdy przejeżdżaliśmy przez małą stację Medüsee [obecnie Miedwiecko] (8 km na zachód od Stargardu), ucieszyłam się. Miejsce wydawało mi się tak znajome, że sądziłam, iż zaraz pobiegnę wykąpać się w jeziorze. Chwilę potem pociąg zatrzymał się przed wjazdem do dworca Stargard. Wykorzystałyśmy tę okoliczność, żeby opuścić pociąg towarowy.

Moja matka działała instynktownie, bo obawiała się umieszczenia nas w obozie. Wraz z naszym uszczuplonym dobytkiem ześliznęłyśmy się w dół zarośli i chwilę potem stałyśmy na Barnimstraße [obecnie ul. Dworcowa i ul. Barnima], dość znośnej dzielnicy mieszkaniowej. Tu przeżyłyśmy jeden z największych przypadków życiowych. Przed nami stał znajomy, kolega ojca z lepszych czasów. Pan Schröder, piekarz z zawodu, pracował w jedynej polskiej piekarni i cieszył się przez to pewnymi przywilejami. Spontanicznie zaproponował nam, byśmy poszły z nim do jego obecnego mieszkania, które było wprawdzie splądrowane i nie miało szyb w oknach, ale mimo to było dla nas jakimś schronieniem. Ponieważ mieszkanie znajdowało się w dzielnicy Polaków, on i jego rodzina mieli właśnie przeprowadzić się do dzielnicy niemieckiej. Między tymi dwiema częściami miasta leżało mocno zniszczone śródmieście, kontrolowane przez Rosjan.

 

Te pierwsze informacje otrzymałyśmy od Schröderów wraz z kawałkiem chleba dla każdej z nas. Potem dowiedziałyśmy się, że Niemcy, którzy przybyli na dworzec, zostali natychmiast umieszczeni w obozie znajdującym się w getcie niemieckim, jak mówiono, w celu odwszenia. W rzeczywistości w obozie można było nie tylko nabawić się wszy, lecz także tyfusu. Kto przetrwał jedno i drugie kierowany był po kilku tygodniach do mieszkania w getcie, które było oddzielone od pozostałej części miasta ogrodzeniem z desek. Do tej pory udawało nam się dzięki naszemu zdyscyplinowaniu i ostrożności uchronić od robactwa i nie miałyśmy ochoty nadrobić tych „zaległości” na rodzinnej ziemi. Byłyśmy szczęśliwe, że dzięki intuicji mojej mamy uniknęłyśmy życia obozowego. Wtedy liczyła się tylko teraźniejszość. Wpadając w głęboką zadumę, nie można na pewno przetrwać takiej nędzy i zagrożenia. To, co się liczyło, to był dach nad głową i kawałek chleba w garści.

„Dach nad głową” był dla nas wtedy tak ważny, że chętnie przyjęłyśmy propozycję pana Schrödera, by spędzić noc w jego mieszkaniu. Schröderowie zabrali swoje bagaże, by przenieść się do przyznanego im mieszkania, podczas gdy my szykowałyśmy sobie nędzne legowisko. Żegnając się z nami, pan Schröder obiecał, że postara się o nasze przesiedlenie z pominięciem obozu. Byłyśmy mu bardzo wdzięczne. Rzeczywiście udało mu się dzięki kontaktom z polskim burmistrzem załatwić dla nas pozwolenie. Przyznano nam mieszkanie przy Wilmsstraße [obecnie ul. Marii Curie - Skłodowskiej], cztery duże pokoje. Ale najpierw musiałyśmy przeżyć potworną noc. Powodem napięcia tej nocy byłam ja. Ciesząc się, że podczas intymnej toalety jesteśmy same, zaczęłyśmy się gruntownie myć. Wtem ktoś zapukał do drzwi wejściowych. Dzwonek nie działał, ponieważ nie było prądu. Przeszedł nas potworny strach, byłyśmy przecież świadome tego, że znajdujemy się na zakazanym terytorium. Bezsensownym było również nie otwierać. Otworzono by drzwi przemocą. Jako pierwsza ocknęłam się z przerażenia i otworzyłam drzwi. Mama chciała mnie powstrzymać, ale spóźniła się dosłownie o kilka sekund. Przede mną stało dwóch dobrze ubranych mężczyzn, którzy ani swoim wyglądem, ani zachowaniem, nie budzili strachu. Na ich potok słów w języku polskim mogłam zareagować jedynie bezradnym wzruszeniem ramion. Natychmiast przeszli na płynną, choć nie pozbawioną akcentu niemczyznę. Poprosili o jedno lub dwa miejsca noclegowe, jeśli byłoby to możliwe. Moja matka zaoferowała im wszystkie meble służące do spania, jakimi dysponowałyśmy. My mogłyśmy spać przecież na podłodze. Ci młodzi mężczyźni nie zgodzili się na to, mówiąc, że dwie leżanki im wystarczą i w ten sposób trzy pozostały dla nas. Mężczyźni chwycili jedno z łóżek i zeszli na dół. Odetchnęłyśmy z ulgą. Przedwcześnie, jak się okazało.  Po kilku minutach obydwaj wrócili w towarzystwie trzeciego, około 30-letniego mężczyzny, który najwyraźniej był ich przełożonym. Już dawno nie widziałyśmy tak zadbanego człowieka. Mimo to obleciał mnie strach. Po krótkiej rozmowie nowo przybyły poczęstował mnie amerykańskimi papierosami Oczywiście nie wiedziałam, co z nimi począć. Między sobą rozmawiali po francusku, nic nadzwyczajnego wśród wykształconych Polaków. Na skinienie „szefa” obaj młodsi mężczyźni zniknęli, pożegnawszy się z nami grzecznie. Teraz nastąpiły wykańczające nas nerwowo godziny. Mężczyzna oświadczył, że chce wziąć mnie do siebie. Próbował przekonać mnie i moją matkę, że jest dla mnie wybawieniem. Jako pracownik tajnych służb dysponuje najlepszymi układami i pod jego opieką będę całkowicie bezpieczna. Nasze zastrzeżenie, że mam dopiero 13 lat, zbył jako niewiarygodne. Jego naprzykrzanie trwało w przybliżeniu 2-3 godziny. W przybliżeniu, bo oczywiście nie posiadałyśmy już żadnego zegarka. W końcu moje nadwerężone nerwy odmówiły posłuszeństwa i rozpłakałam się. Wreszcie sobie poszedł. O spaniu tej nocy nie było mowy. O świcie, skradając się schodami w dół, opuściłyśmy dom, nie zważając na niebezpieczeństwa czyhające w radzieckim sektorze, przez który chciałyśmy przejść.

 

 

               (4)  Ruiny Starego Miasta (w tle widoczna Baszta Tkaczy) i (5) kościół Mariacki ze zniszczonym dachem i hełmem.

Śródmieście leżało w gruzach, drogę odnajdywałyśmy, kierując się bramami i ruinami kościołów. Przed kilkoma laty dowiedziałam się, że centrum miasta padło ofiarą nalotu bombowego 19. 02. 1945. Amerykanie przejęli to zadanie na prośbę sowietów. Bombardowanie miało ułatwić zajęcie Stargardu przez Armię Czerwoną. Dzięki naszej znajomości terenu znalazłyśmy wejście do getta i mogłyśmy wśliznąć się bez przeszkód do środka. Straż musiała chyba właśnie opuścić swoje miejsce. Schröderowie wpuścili nas i przydzielili pokój. Jeszcze tego samego dnia nasz pobyt w mieszkaniu został zalegalizowany. Burmistrz złożył wizytę w getcie i wyraził zgodę. Był on jeszcze młodym, około 35-letnim człowiekiem i opowiedział nam, że przeżył obóz koncentracyjny. Myślę, że my Niemcy zawdzięczamy temu mężczyźnie, że nie doszło do fizycznej przemocy skierowanej przeciwko nam, a w każdym razie nie słyszałyśmy w czasie naszego pobytu w Stargardzie o napaściach na Niemców.

Pewnego razu rozmawiałyśmy o naszym dziwnym statusie. Znowu mieszkałyśmy w naszych rodzinnych stronach, nie byłyśmy więc uciekinierami. Mimo to nie czułyśmy się jak u siebie. Zbyt wielkie były spustoszenia, zbyt potężny głód, obcy język polski, z którego nauczyłyśmy się tylko dwóch słów: „chleb’ i „praca”.

Moja matka i ciotka zostały natychmiast wcielone do pracy. Przydzielono im brudne i ciężkie prace porządkowe w fabryce. Wodę do szorowania przynosiły z Iny w wysłużonych wiadrach po marmoladzie. Ina jest dopływem Odry romantycznie wijącym się przez okolice i miasto. Piękno rzeki zakłócone było tego lata przez pływające na jej powierzchni trupy.

Po kilku dniach pracy w ciężkich warunkach matka i ciotka zostały wezwane do szefa. Z jego obserwacji wynikało, że były one najsumienniejszymi pracownicami. Od następnego dnia pracowały w jego prywatnym domu.

W tym miejscu powinnam zająć się krótko naszą sytuacją zaopatrzeniową. Handel nie istniał w ogóle. Pracujące osoby otrzymywały 300 g chleba dziennie, niepracujące 100 g. Jedyny ciepły posiłek w ciągu dnia składał się z zupy z obierek ziemniaczanych, ugotowanej w kuchni obozowej. Nie pozostawało nam nic innego, jak wmuszać w siebie tę okropnie smakującą paszę dla bydła, ponieważ nie posiadałyśmy ani środków spożywczych, ani opału. Próba wygrzebania z piwnicy naszego byłego domu ziemniaków i węgla nie powiodła się. Nie dało się gołymi rękoma odgarnąć gruzu.

Polska szefowa okazała się dość ludzka, mimo początkowo wyczekującej i nieufnej postawy. Stawiała kobietom na stole kuchennym niewielkie posiłki. Moja mama spytała, czy może zabrać ze sobą jedzenie, ponieważ jej córka bardzo cierpi z powodu głodu. Odtąd dostawała codziennie kromkę chleba albo plasterek sera; nawet te skromne dary pomagały przeżyć. Pewnego wieczoru dostałam miskę sałatki ziemniaczanej, co było wielką atrakcją.

Już wspomniałam, że nie istniało zaopatrzenie w prąd. Podobnie było z wodą i gazem. Wodę czerpano z pomp na podwórkach. Niemożliwe było przez to korzystanie z toalet. Mężczyźni wykopali w ogródkach za domami doły i ogradzali je belkami. Z trwogą myślałyśmy o nadchodzącej zimie. Jak miałyśmy ją przetrwać, przy otwartych oknach, bez prądu i opału, przy niepewnej sytuacji zaopatrzeniowej?

W końcu czerwca pracodawca mojej mamy powiedział jej w zaufaniu, że Niemcy mają być wypędzeni. Zostać będą mogli ci, którzy mają poręczyciela i wybiorą polskie obywatelstwo. Zaproponował, że poręczy za nas i umożliwi mi uczęszczanie do polskiej szkoły. Moja mama nie zgodziła się. Ojczysta ziemia stała się nam obca przez beznadziejne warunki i nie mogłyśmy zrezygnować z naszego języka i obywatelstwa. A poza tym nie spełniła się nadzieja, że spotkamy w Stargardzie ojca.

28. 06. 1945 r. polscy żołnierze przeszli z wycelowaną bronią palną po domach zamieszkiwanych przez Niemców i wypędzili wszystkich na ulicę, z wyjątkiem tych, którzy zdecydowali się na polskie obywatelstwo. W oczekiwaniu na wysiedlenie spakowałyśmy nasz nędzny dobytek i załadowałyśmy go na stojący na podwórku wózek na nawóz. Muszę opisać ten pojazd, ponieważ od dawna nie był używany w związku z modernizacją stajni. Miał on jedno koło, małą powierzchnię, na którą można było coś załadować, ukośną blaszaną podpórkę oraz dwie żerdzie nośne z przodu.

(6) Ulica Wilmstrassse (obecnie Marii Skłodowskiej Curie)           

Konstrukcja ta była pomyślana do pokonywania krótkiej drogi ze stajni do gnojownika i do wysypywania nawozu, a nie do transportu na dłuższych dystansach. Nasz ładunek został zaraz przed domem uszczuplony, bo jakiś żołnierz odebrał nam nasz ostatni koc, piękny kraciasty pled z sierści wielbłądziej.

Teraz należałyśmy do wypędzonych: tego pojęcia używano w odniesieniu do nas dopiero później.

Już wtedy, gdy pędzono nas przez miasto, wiedziałyśmy, że nie będziemy w stanie utrzymać dłużej naszego wywrotnego wózka. Nagle zobaczyłam na skraju ulicy dwukołowy wózek z solidnym obramowaniem. Obok niego stał żołnierz z nasadzonym bagnetem. Doskoczyłam do niego odważnie, rozpaczliwie błagając, żeby dał mi ten pojazd. Wskazałam na moją mamę, która była u kresu sił. Ten spojrzał na mnie na wpół oburzony, na wpół rozbawiony i oddał mi wózek. Pomógł nam nawet przy przeładowywaniu naszych rzeczy. Zadowolone zaprzęgłyśmy się we dwie do wózka, zostawiając nasz stary wózek przy drodze.

Gdy opuściliśmy teren miasta, (sądzę że było nas kilkuset wysiedleńców), nastąpiła zmiana pilnujących nas. Naszej grupie towarzyszył elegancki młody mężczyzna, płynnie mówiący po niemiecku. Przeważnie trzymał się niedaleko mnie i czułyśmy się dlatego bezpieczne. Noc spędziłyśmy w szczerym polu, ale nie obawiałyśmy się niczego, ponieważ żołnierz ten obiecał nam, że będzie w pobliżu. Przed mostem na Odrze przeprowadzona została rewizja osobista. Szukano biżuterii i zegarków. Nasz obrońca był przy przeszukiwaniu nas tak wielkoduszny, że mogłybyśmy uratować tuzin zegarków, gdybyśmy je tylko jeszcze posiadały.

Na zachód od Odry nie pędzono już nas, ponieważ byliśmy na niemieckiej ziemi, choć pod radziecką okupacją. Polscy strażnicy opuścili nas i wycofali się na terytorium Polski. W związku z tym pozwoliłyśmy sobie na mały odpoczynek na skraju drogi. Naszym celem była Rugia, mimo że nie wiedziałyśmy, czy nas tam przyjmą. Kierowałyśmy się w miarę możliwości na znane nam z czasu ucieczki kwatery, gdzie część ludzi nas rozpoznała i udzieliła schronienia. Czasami nocowałyśmy na dworze. W południe gotowałyśmy na kamieniach w blaszanych puszkach posiłki z tego, co wyżebrałyśmy: parę ziemniaków, garść kaszy, czasem trochę mleka, jeden jedyny raz jajko. I tak po około dziesięciu dniach marszu dotarłyśmy na Rugię do naszej dawnej kwatery. Od czasu, gdy opuściłyśmy Rugię, minęły tylko dwa miesiące. Przez ten okres dużo przeszłyśmy, ale najgorszego nam oszczędzono. Fizycznie wyszłyśmy z tego cało.

 

    (7) Kolumna wysiedleńców

Bywało, że w trudnych sytuacjach doświadczyłyśmy człowieczeństwa. Myślę tu o burmistrzu Stargardu, szefowej mojej mamy i tym miłym strażniku. Od tamtego czasu wielokrotnie odwiedziłam Stargard. Mojemu mężowi pokazałam dom przy Wilmsstraße, który przez kilka tygodni był naszym schronieniem.

 

...............................................................

 

 

 

 

 

 

 

Realacja Käte Lorentzen pochodzi z wydanej w 2005 roku przez Towarzystwo Przyjaciół Stargardu dwujęzycznej książki "Stargard moje miasto. Wspomnienia polskich i niemieckich stargardzian z przełomu 1945 roku. Stargard meine Stadt. Erinnerungen deutscher und polnischer Stargarder von der Zeit um 1945.". Tam też znajdują się przypisy do poszczególnych wydarzeń.

W skład kolegium redakcyjnego wchodzili: Andrzej Bierca, Krystyna Downar, Alicja Golisz -Wollek, Bożena Kuszela, Edward Olszewski.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Źródła ilustracji:

  •  Mapka operacji wojennych ze strony internetowej -pamyat-naroda.ru  (1)

  • Zdjęcia pochodzą:

    • ze zbiorów Muzeum Archeologiczno-Historycznego w Stargardzie (4), (6)

    • ze strony fotopolska.eu (7)

    • ze stron fb Historia Miasta Stargard i Stargard in Pommern (pozostałe)

  • Okładka książki - projekt Piotr Kosmal

 


Powrót na główną stronę